poniedziałek, 26 października 2015

Pokochałam jesień :)

Człowiek zazwyczaj ciągle za czymś pędzi. Często nawet nie ma czasu obejrzeć się dookoła, zaobserwować tego co go otacza... Jeszcze jakiś czas temu sama żyłam w ciągłym biegu. Z jednej pracy do drugiej, z autobusu do metra, szybko, szybko byle zdążyć...


Jesień lubiłam od zawsze, jednak nie tak bardzo jak wiosnę i lato... Dzięki macierzyństwu moje życie zwolniło, mam czas głębiej nad pewnymi sprawami zastanowić się,  mam czas spokojnie obejrzeć się dookoła.


I tak na spokojnie sobie dzisiaj siedziałam na ławce w parku, promienie słońca delikatnie muskały mi twarz, Ola spokojnie spała w wózku uśpiona piersią na świeżym powietrzu. I chłonęłam całą sobą ten jesienny powiew wiatru, zapach liści, te wszystkie piękne kolory otaczające nas wokół. Dzięki macierzyństwu jesień pokochałam. Dziś nie mogłam wyjść z podziwu, uśmiech i zachwyt nieustannie gościł na mej twarzy :)

czwartek, 22 października 2015

8 miesięcy za nami.

Dość chorowity miesiąc za nami. Staram się Olę hartować, nie przegrzewać, często spacerować, no ale... będąc w ciągłym towarzystwie małych dzieci niestety musimy liczyć się z tym, że Ola może częściej chorować. Jestem tego świadoma, ale mimo to nie ograniczamy spotkań towarzyskich. Chciałabym by nasze życie było barwne, by nie zawiewało w nim nudą, a przynajmniej teraz, kiedy ma mnie jeszcze na co dzień, póki jeszcze nie wróciłam do pracy.

Na szczęście płyn w uszku zniknął i możemy zacząć ponownie chodzić na basen. Musimy tylko uważać, aby Ola nie przeziębiła się i nie dostała kataru, przez który płyn w uszku może, ale nie musi się pojawić. 

Przebyte choroby jednak nie przeszkadzały Oli w dalszym rozwoju i nie odebrały jej radości i pogody ducha. Ten miesiąc pod względem rozwojowym był bardzo przełomowy. Ola wreszcie zaczęła sama siadać będąc pozostawiona sama na podłodze, a także zaczęła najpierw od wstawania w łóżeczku, po przez nieśmiałe wspinanie po nas, stawać sama przy kanapie. Obecnie wspina się gdzie popadnie. Nie ma dla niej miejsc niemożliwych. Wykąpać ją to nie lada wyczyn, bo przecież stawanie w wannie jest takie fajne, a mnie aż mrozi się krew w żyłach na sam widok.


A jeśli mowa o kąpaniu, to stała się posiadaczką swojej własnej szczoteczki (wcześniej czyściłam jej ząbki silikonową nakładką) i pasty, a na dodatek bardzo chętnie sama je sobie czyści, ale najczęściej te, które jeszcze nie wykiełkowały hehehe :)

Zasuwa jak błyskawica po mieszkaniu. Najbardziej lubi łazienkę. Wystarczy zostawić niedomknięte drzwi, od razu wykorzystuje moment i szybko tam "biegnie". Jednak w dalszym ciągu woli pełzać, niż raczkować... czasem jej się zdarzy przeraczkować, ale nie wiem czy to wina paneli, gdzie się ślizga, czy czegoś innego.

Potrafi ładnie sama się bawić, czasem pozwalając mi rano jeszcze dospać troszeczkę, jednak nie lubi przebywać sama. Ktoś zawsze musi przy niej być, albo kręcić się po pokoju w którym przebywa. Bardzo lubi jak ktoś się z nią bawi. Na szczęście bez problemu zostaje z rodzicami czy z mężem. Lęk separacyjny chyba jej powoli mijaa, choć nie pojawił się on u nas w trybie bardzo zaawansowanym, ona nie lubi po prostu samotności.

Ogrrrrromny z niej pieszczoch! Lubi się przytulać. Uwielbia, gdy ktoś coś do niej pokazuje, mówi, robi głupie minki, śmieje się, tańczy z nią i przed nią, śpiewa, wygłupia się. Jej głośny śmiech wówczas jest bezcenny.


Jesień nas ostatnio nie rozpieszcza. Mimo to, trafią się czasem cieplejsze dni, albo chociaż takie, kiedy świeci słońce, wtedy staramy się korzystać z jej uroków :)

P.S. No i doczekałam się! W dniu swoich 8-miu miesięcy Oleńka zaczęła raczkować na całego! Ależ jestem z niej dumna! :)

sobota, 17 października 2015

Rotawirus i kryzys...

Dopadł nas rotawirus. Nie wiem skąd, nie wiem jak... ponoć wisi w powietrzu. Przechorowaliśmy wszyscy w domu, bez wyjątku. Jedni lżej inni gorzej. Nie oszczędził absolutnie nikogo. Zaczęło się od Oli, następnego dnia poszłam do odstrzału ja, potem mąż, mama i na końcu tato, ale... wszystkim przeszło, a ja dalej biegałam do kibelka. 

Na szczęście Ola przeszła go najłagodniej. Nie wiem czy to z powodu szczepionki, ale bardzo się cieszę. Przez cały ten czas chętnie jadła, była radosna, zachowywała się jak zawsze, tylko luźne kupki ją męczyły przez kilka dni. Na szczęście z dnia, na dzień ich ilość malała. 

Ja jako matka karmiąca niewiele brać mogłam... jedynie pić, pić i jeszcze raz pić, przez co u mnie to najdłużej trwało, ale na szczęście jakoś dałam radę. Nawet udało mi się schudnąć 2kg :)

Niestety podczas choroby dopadł nas kryzys. Kryzys laktacyjny. Przez pierwsze dni niewiele mogłam jeść i mimo, że starałam się dużo pić, odbiło się to na niewielkiej produkcji mleka. Przystawiałam Olę bardzo często, żeby jakoś pobudzić tą laktację, w pewnym momencie nawet na siłę jadłam, żeby choć trochę pożywienia dostarczyć, w ruch poszedł laktator elektryczny, którego już baaardzo dawno nie używałam i metoda 7-5-3. Przypomniały mi się początki naszej drogi mlecznej i walka o każdą kropelkę mleka... 

Ola nie bardzo chciała współpracować. Przystawiana do piersi bardzo się denerwowała ponieważ od razu nie chciało lecieć, przez co mnie gryzła. W pewnym momencie byłam jednym, wielkim kłębkiem nerwów, który tym bardziej nie sprzyjał laktacji. Poleciały nawet łzy... no bo jak to? W tak głupi sposób, przez głupią chorobę ma się to zakończyć? Jednak nie dałam za wygraną, zaciskałam zęby, przystawiałam Olę mimo jej złości, do upartego, bardzo często. Piłam dużo herbatek laktacyjnych, Femaltiker, starałam się regularnie i pożywnie jeść... i udało się :)

Pokonałyśmy ten kryzys. Cieszę się niesamowicie i odetchnęłam z ulgą, bo właśnie w tych gorszych chwilach uświadomiłam sobie, że absolutnie nie jestem gotowa na to, by odstawić Olę od piersi. Zbyt wiele przyjemności sprawia mi jej karmienie od samego początku, nie licząc pierwszych 4 dni. I mimo, że Oli czasem obojętne, czy pije z butli, czy z piersi, nie chciałabym jeszcze kończyć naszej wspólnej mlecznej przygody :)

niedziela, 11 października 2015

Dzień z życia mamy i 7,5 miesięcznej córki :)

Wreszcie, prawie po 7 miesiącach wyklarował nam się jako taki plan dnia :)

7:00/7:30 pobudka! Mamo, ja nie śpię... i zaczyna się muskanie paluszkami po twarzy, wkładanie paluszków do oka, nosa, buzi, wspinanie się po mnie, sapanie nad uchem... aż w końcu otwieram oczy i co widzę? Uśmiech od ucha do ucha :) Do mniej więcej 8:00 leżymy jeszcze w łóżku, bawimy się, przytulamy, turlamy, itd.


8:00 czas wygramolić się z łóżka. Pierwsza poranna toaleta, zmiana pampersa, przebieranie się i biegniemy do kuchni. Jeśli córka jest łaskawa i ma dobry dzień, sadzam ją na puzzlach, daję zabawki... a sama w tym czasie zabieram się za ćwiczenia. Czasami jednak dziecię nie chce spokojnie siedzieć, marudzi mi nad uchem, włazi pod nogi, jęczy, więc ćwiczenia wykonuję, gdy śpi.
No więc biegniemy do kuchni i jem śniadanko, a Ola mi towarzyszy. Czasem daję jej jakiś biszkopcik, czy chlebek z masełkiem. Potem mamy czas na zabawę i aktywność.


9:00/10:00 zaczyna się marudzenie. To pora na mleczko i drzemkę. Zazwyczaj trwa ona 1h, czasem 1,5h, rzadziej 2h, choć też się zdarza. W tym czasie ćwiczę, jeśli nie było dane mi wcześniej, ogarniam siebie, ogarniam mieszkanie, prasuję, itd.


11:00 gdy dziecię szczęśliwe i wyspane wstaje, wyruszamy na spacer, jedziemy do kawiarenki, czy też na zajęcia. I tak nie ma nas 2-3h. W tym czasie czasem też załatwiamy różne sprawy. Poczta, drobne zakupy, itp. Następnie wracamy do domku na obiad. W tym też czasie karmimy się czy to w parku, czy w kawiarence, albo i w domu jak szybciej wracamy oraz podajemy deserek.




14:30 zabieram się za przyrządzanie obiadu dla siebie i Oli. Czasem stosuję BLW, innym razem podaję jej jedzonko łyżeczką. Są też dni, że nie mam pomysłu, albo czasu mi brak na wymyślanie, więc korzystam wtedy z gotowych dań słoiczkowych, które niekiedy urozmaicam np. dodając ugotowany makaron, kaszę jaglaną, itp.

15:00/15:30 przystępujemy do jedzenia obiadku. Jeśli stosuję BLW ta czynność schodzi nam dłużej, nie popędzam Oli, je sobie spokojnie i powolutku. Wówczas i ja mam czas na zjedzenie. 


16:00/17:00 czas na drzemkę. Myjemy się po obiadku, przebieramy i Ola zazwyczaj zasypia przy piersi. Po pobudce wybieramy się jeszcze na krótki spacer lub odwiedzamy sąsiadki, albo po prostu siedzimy i bawimy się w domku.



19:30 przypada czas na kąpiel. Ostatnio lubimy kąpać się wspólnie. Więc czasem dłużej nam to schodzi. Ola uwielbia kąpać się, w wodzie czuje się jak rybka. Po kąpieli następuje pielęgnacja i jedzonko. 


20:00/20:30 dziecię odpływa :)


2:00/3:00 czasami, ale nie zawsze zdarza się Oli przebudzić na jedzonko.
5:00/6:00 kolejna lub pierwsza pobudka na jedzonko.

Od pewnego czasu i ja staram się szybciej kłaść spać. Dzięki temu następnego dnia jestem wyspana i wypoczęta, gotowa do działania :)

A tak w skrócie:
7:00/7:30 pobudka
9:00/10:00 pierś + drzemka
11:00 spacer/aktywność
12:00/13:00 deser + pierś
15:00/15:30 obiadek
16:00/17:00 pierś + drzemka
17:00/18:00 spacer
~ 19:30 kąpiel
20:00/20:30 pierś + sen
2:00/3:00 0/I pobudka (pierś)
5:00/6:00 I/II pobudka (pierś)

niedziela, 4 października 2015

Wesele, hej wesele! :)

Do ostatniego dnia zastanawiałam się co by tu zrobić, co by wymyślić, by mieć dobry argument, aby nie iść na wesele do koleżanki. Tak baaaardzo nam się nie chciało! Mieliśmy zaproszenie z Olą, ale nie chciałam jej brać ze sobą... nie pobawilibyśmy się za bardzo. Ola jest teraz bardzo ruchliwa, nie wysiedzi nawet chwili na miejscu, wierci się, wspina... Z kolei myśl, że mam ją zostawić na cały dzień i noc samą, doprowadzała mnie do czarnej rozpaczy.

Na wesele jednak nie wypadało nie pojechać. No i w końcu nadeszła sobota. Zostawiłam mamie zapasy mleczka dla Oli, instrukcję co, jak i kiedy i pożegnani buziakiem i słodkim uśmiechem oraz przykazaniem żeby nie dzwonić co chwilę, wyruszyliśmy na wesele. Do samego końca zastanawiałam się, czy dobrze robię?

Pogoda była przepiękna, na ślub i wesele idealna. Para młoda wyglądała pięknie. Madzia miała przecudną suknię, szczerze powiedziawszy podobała mi się nawet bardziej niż moja własna, ale ja w takim fasonie nie prezentowałabym się zbyt korzystnie. 

Kolejny raz sprawdziła się u nas teoria, że jak bardzo nie chce nam się gdzieś jechać, okazuje się, że bawimy się wprost doskonale. I tak też było tym razem. Zabawa była przednia. Zespół rewelacyjny. Daaaawno już tak świetnie nie bawiliśmy się. To było najlepsze wesele na jakim byłam. Jedzenie było przepyszne. Starałam się skosztować wszystkiego... mąż aż się dziwił, gdzie ja to wszystko pomieściłam hehehe, ale jak wszystko było takie dobre, to aż żal było nie spróbować. Myślałam o Oli, zastanawiałam się co w danej chwili robi, czy jest już po obiadku, po deserku, czy jest wykąpana i już śpi... ale ostatecznie napisałam do mamy dwa smsy, a myśli krążące wokół niej nie przeszkadzały mi w dobrej zabawie. 

A Ola? Z babcią miała się bardzo dobrze. Była grzeczna, wszystko pięknie zjadła i poszła spać. Chyba nawet nie zauważyła, że mnie nie było. A rano po przebudzeniu powitało mnie zdjęcie mojej córki stojącej na nóżkach w swoim łóżeczku. Jak dobrze, że dwa dni temu obniżyliśmy poziom materaca, aż strach wyobrazić sobie, co mogłoby się stać. Zdecydowanie trwający 8 miesiąc jest u nas bardzo przełomowy. Zdecydowaliśmy, że na poprawiny jednak nie zostaniemy. Co za dużo to nie zdrowo, tak na pierwszy raz :)


A ja? Cieszę się, że zdecydowaliśmy się pojechać na to wesele :)

piątek, 2 października 2015

Nowinki

Już będąc na wakacjach nad morzem, planowaliśmy powoli kolejny wspólny wyjazd. Padło na Toruń. Skorzystaliśmy z oferty Toruń za pół ceny w weekend 26-27 września, jednak początkowo nie każdy był zdecydowany, a jak się zdecydował, miejsca w hotelach zabrakło. Ostatecznie wybraliśmy się my i jeszcze jedna para :) Droga była wspaniała! Cały czas autostradą, bez przystanków, 2 godzinki i byliśmy na miejscu. 


Nigdy nie byliśmy w Toruniu, ale wystarczyło spojrzeć na Starówkę i od razu spodobało mi się to miasto. Zwiedziliśmy Starówkę, pospacerowaliśmy Bulwarem, odwiedziliśmy Muzeum Pierników, gdzie zrobiliśmy swoje własne pierniczki i posłuchaliśmy historii ich tworzenia. Było bardzo miło, fajna odskocznia od codzienności. Kolejny kierunek to Kraków :)

Poza tym dni mijają w zastraszającym tempie. Dopiero był wrzesień, teraz zaczął się październik. Zrobiło się już iście jesiennie, czuć to w powietrzu, widać też gołym okiem... i wieczorami jest już zdecydowanie chłodniej, szybciej robi się ciemno. Pamiętam jak jeszcze nie tak dawno o 21:00 wracaliśmy do domu ze spacerów, a obecnie o 21:00 Ola już śpi po kąpieli, pielęgnacji i kolacji.

Niestety borykamy się już drugi tydzień z katarem. Po wizycie u lekarza okazało się na szczęście, że wszystko jest ok, oddechowo jest czysto. Katar niestety może potrwać nawet 2-4 tygodnie. Organizm takiego dziecka jest malutki i o wiele wolniej radzi sobie z infekcją, ponieważ jego odporność jest niewielka. Poza tym Ola ma bardzo częsty, prawie że codzienny kontakt z rówieśnikami i niestety trzeba liczyć się z tym, że może częściej chorować. Łudzę się nadzieją, że teraz wyczerpie wszelki limit i jak pójdzie do żłobka albo przedszkola, przestanie chorować. Oprócz tego od dłuższego czasu Oleńka ma płyn w prawym uszku, byliśmy ostatnio na wizycie u laryngologa, dostała maść. Na czas leczenia zrezygnowaliśmy z basenu, a że pogoda czasem nie jest zbyt zachęcająca do spacerów, postanowiłam, że znajdę jakieś inne zajęcie, żeby wypełnić nam czas w te jesiennie, chłodne dni.

Znalazłam świetny klubik na Żoliborzu. Jest tam bardzo przytulnie, przychodzi dużo dzieciaczków. Dzieci mają swój kącik i mogą się wspólnie pobawić. 


Mamusie w tym czasie mogą sobie poplotkować, napić dobrej kawy i przekąsić coś dobrego. 


Są też prowadzone świetne zajęcia dla maluszków. Do tej pory skorzystałyśmy z zajęć umuzykalniających - Gordonków.


Bardzo fajne okazały się również zajęcia 5 zmysłów, gdzie dziecko uczy się rozróżniać przeciwieństwa typu ciepłe/zimne, gładkie/szorstkie, poznaje różne kształty, struktury, itd. Te drugie zajęcia bardzo mi się spodobały. Prowadzi je świetna babeczka, ze wspaniałym podejściem do dzieci, udzielająca wiele cennych rad. Kupiłam karnet i będziemy uczęszczać na nie w najbliższym czasie. 


Po zajęciach i zabawie dzieciaczki są pełne wrażeń i wymęczone, więc spacerujemy sobie i poznajemy okolicę. Zawsze to coś innego niż nasza prawie, że już na wskroś poznana okolica. 


A co słychać u naszej Oleńki? Nie chce Pieronek mały raczkować, woli pełzać, choć robi to naprzemiennie tak jak przy raczkowaniu (o tyle dobrze, bo słyszałam, że rozwija to półkule w mózgu i dobrze by było, aby dziecko jednak nie pomijało etapu raczkowania, tudzież właśnie takiego naprzemiennego "maszerowania"), jednak nie chce jej się podnosić kuferka. Przemieszcza się po mieszkaniu jak błyskawica. Wczoraj wreszcie sama usiadła na podłodze. Oprócz tego zaczyna się już wspinać i stawać na nóżki. Stało się to już na tyle niebezpieczne, że dzisiaj obniżyliśmy materac w łóżeczku na najniższy poziom. Lepiej dmuchać na zimne. W końcu dziecko jest tak nieprzewidywalne, że nigdy nic nie wiadomo :)

A my? Jutro wybieramy się na wesele 100km od Warszawy. To moja pierwsza taka długa rozłąka z Olą i nie wiem jak sobie obydwie poradzimy. Na szczęście wiem, że zostawiam ją w dobrych rękach i że krzywda jej się nie stanie, ale mimo to tęsknota rządzi się swoimi prawami. Mam jednak nadzieję, że nie wrócimy do domu przed oczepinami :D Kto wie, może jeszcze zostaniemy na poprawiny? ;)