piątek, 31 lipca 2015

Fotorelacja :)

Dziś na obiadek szef kuchni serwuje gotowanego ziamniaczka z oparowaną cukinią, 
przeciśnięte przez siteczko, o gładkiej i lekkiej konsystencji :)

Mniam! Było takie dobre, że raz dwa skończyło się :)

Jeszcze tylko trzeba popić mleczkiem (woda nadal jest ble!)

Brzuszek pełniejszy i dziecię szczęśliwe, a mama jeszcze bardziej! :)
Idzie nam już coraz lepiej! :)

środa, 29 lipca 2015

Po burzy.

Nareszcie wyszło słoneczko. Domniemam, że marudzenie i wszczynane awantury na spacerach były podyktowane prawdopodobnie kolejnym skokiem rozwojowym. Nie jestem oczywiście pewna, ponieważ nigdy nie wiem, kiedy one występują. Nie zwracam na nie uwagi, bo u nas takie gorsze dni są to jedno-dwudniowe wyskoki raz na jakiś czas. Stąd tylko moje gdybanie.

Skąd jednak takie moje przemyślenia? Zazwyczaj po takim skoku dziecko nabywa nowych umiejętności. Ola zaczęła coraz bardziej garnąć się do siadania. Niezmiennie ćwiczy brzuszki zarówno w domu, jak i na spacerach, wiecznie jeździ z uniesioną głową w przód. Zdarza mi się czasami liczyć ile tak wytrzyma i dochodzi nawet do kilkunastu sekund. Wieczorem, po popołudniowej awanturze przewróciła się pierwszy raz z brzucha na plecy... No i się zaczęło! Tak jej się spodobało, że teraz turla się po całym salonie. Także mamy już na koncie pełzanie do tyłu i turlanie się :)

Są również postępy w jedzeniu. Wczoraj zjadła już całego ziemniaczka śmiejąc się przy tym. Miałam wprowadzić następne warzywko - marchewkę... ale jednak postawiłam na cukinię.

Na spacerach znów zapanował spokój... ufff odetchnęłam z ulgą. Nie wiem czy to zasługa zmiany gondoli na spacerówkę, a może to ta chusta wożona w koszu na wszelki wypadek ma jakieś specjalne moce... a może po prostu Ola miała gorszy dzień. W każdym razie bardzo się cieszę i pomału przyzwyczajam się do spacerówki. Spacery znów stały się dla nas przyjemnością :)


Wczoraj pod wieczór, wracając ze spaceru miałyśmy okazję podziwiać piękną tęczę nad naszym osiedlem. Niestety zanim wpadłam na pomysł, by zrobić zdjęcie, tęcza zdążyła już prawie zniknąć.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Skończone 22 tygodnie.

Wczoraj Ola skończyła 22 tygodnie... szczerze powiedziawszy, aż musiałam policzyć w kalendarzu, bo kompletnie straciłam rachubę, który to tydzień jej już leci.

Wraz ze skończonym 22 tygodniem zaczęła nam siadać w leżaczku. Jakiś czas temu jej się to udało, ale był to jednorazowy wyskok. Wczoraj jak jej się udało raz, tak nie chciała przestać i robiła to ciągle. Niestety wraz z rozpoczęciem siadania, przestała chcieć leżeć w wózku.

Już od pewnego czasu zdarzało jej się marudzić na spacerach. Zakupiłam z tego powodu pałąk z zabawkami. Hurra, udawało ją się uspokoić. Jednak po dzisiejszej awanturze podjęłam decyzję, że kończymy przygodę z naszą ukochaną gondolą. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, bo do spacerówki jakoś nie mogę się przyzwyczaić, wydaje mi się, że ona jest jeszcze taka maluuuuutka :(

Wróciłam ze spaceru, od razu spakowałam gondolę i zamontowałam spacerówkę. Pełna nadziei wyszłam na spacer. Nie wypuszczałam się daleko, poszłam przy okazji na zakupy, ponieważ mam zamiar upiec chlebek bananowy i brakowało mi kilka składników. No i co? Wiosło! 

Leżeć nie będzie, ona chce siedzieć i koniec kropka. Posadziłam ją i od razu przestała marudzić, ale uważam, że jest jeszcze za mała, aby jeździć w takiej pozycji... Tak więc teraz pewnie zacznie się męka na spacerach, dopóki nie zacznie siedzieć stabilniej. Aż się boje. Aż odechciewa mi się gdziekolwiek wychodzić. Od jutra w koszyku będę woziła chustę, bo nie uśmiecha mi się nosić ją na rękach... niestety do wagi piórkowej to ona się nie zalicza :(

Byłam na nią zła i przez to mam cholerne wyrzuty sumienia . Dziecko nie jest niczemu winne. W końcu ile można leżeć, kiedy dookoła wszystko jest takie piękne i ciekawe. A mnie po prostu przeraża to, że ona coraz bardziej i bardziej rośnie, rozwija się, usamodzielnia, nie jest już taka malutka, bezbronna i całkowicie zależna ode mnie. Ten czas tak szybko przemija, zdecydowanie za szybko, a ja nie jestem w stanie nacieszyć się maksymalnie każdą chwilą z nią spędzoną... Aż płakać mi się chce :(

sobota, 25 lipca 2015

Pierwsza łyżeczka

Jesteśmy po pierwszej podanej łyżeczce. Postanowiliśmy, że na pierwszy rzut pójdzie jednak ziemniak. Bo marchewka słodka, bo może spowodować zatwardzenie, więc uznałam, że ziemniak będzie lepszy. 

Przyznam szczerze, że mam trochę obawy przed tym rozszerzaniem diety. Ola nigdy nie miała problemów brzuszkowych, mimo że karmię ją tylko piersią i jem wszystko, nawet niby te zakazane produkty typu czekolada, czosnek, kapusta, fasolka. itd. Kolejny raz przekonuję się, że nie istnieje coś takiego jak dieta matki karmiącej. Nie wolno się bać, warto próbować wszystko i obserwować swoje dziecko. 

Postanowiłam, że nie podam na razie słoiczka, mimo że mam ich zapas na półce w komórce. Chciałam po prostu spróbować sama jej coś przyrządzić, spróbować swoich sił i też czerpać przyjemność z rozszerzania tej diety. Problem jest tylko taki, że nie mamy kawałka pola, nie mamy dojścia do sprawdzonych warzyw, podam więc te, które zakupię na targu. Liczę na to, że nic jej nie będzie. Mnóstwo dzieci jest na takich wychowywanych, my też takie jemy i nic nam nie jest. Być może robię błąd, za który będę w przyszłości pokutować, ale oby nie.

No więc zakupiłam te ziemniaki, ugotowałam w wodzie, przepuściłam przez siteczko, dodałam łyżeczkę oleju rzepakowego* i swoje mleko. Wszystko wymieszałam i powstała piękna, gładka papka. Olę wsadziłam w fotelik i do dzieła... Poszła jedna łyżeczka, druga, trzecia, czwarta, piąta... w sumie potem się pogubiłam, ale kilka ich zjadła. Była trochę zdezorientowana. Bardziej interesowała się łyżeczką niż samym jedzeniem. Nieszczególnie chciała otwierać buzię... Gdy przybliżałam łyżeczkę, wyciągała języczek i zaczynała ją lizać... (Zawsze tak robi, gdy widzi zbliżającego się cycusia...wyciąga języczek hehehe). I tu powstaje pytanie... Czy dlatego, że jeszcze nie bardzo wie, o co chodzi? Czy dlatego, że jeszcze nie jest gotowa na rozszerzanie diety? Spróbujemy jeszcze kilka razy po troszeczkę, potem wprowadzimy marchewkę, może bardziej jej posmakuje... a jeśli nie, to podamy słoiczkową marchewkę z ziemniaczkiem i zobaczymy... Czasem bywa tak, że jednak te słoiczkowe warzywka dzieci chętniej jedzą niż gotowane, przekonamy się :)

Jakie są moje wrażenia? Szczerze powiedziawszy mieszane... sama nie wiem, czy dobrze robię, czy się nie pospieszyłam... Tym bardziej przekonuje się do tego, że lepiej robić to w naszym przypadku powolutku i nic na siłę... Jak załapie, to fajnie... jak nie, to dam jej czas i spróbujemy za miesiąc... Nikt nas nie goni, nigdzie nam się nie spieszy, a ja tym bardziej nie mam zamiaru na nią naciskać :)

*Dlaczego nie oliwa z oliwek, nie masło, tylko olej rzepakowy? Dietetycy twierdzą, że olej rzepakowy ma najlepszy skład kwasów tłuszczowych wśród olejów dostępnych na rynku. Do tego jest to roślina z naszej strefy klimatycznej, ma prawie neutralny zapach i smak. No i 1 łyżeczka tego oleju zaspokajają dobowe zapotrzebowanie na kwasy omega w diecie dziecka (2 łyżki stołowe u dorosłego). Kwasy nie giną w wysokiej temp więc jest to olej idealny także do smażenia dla dorosłych.

środa, 22 lipca 2015

Pięć miesięcy za nami.

Pięć cudownych, wspólnie spędzonych, radosnych i niepowtarzalnych miesięcy za nami. Nie do wiary! 
A jeszcze niedawno nasze dziecię było takie "malutkie" :)

Byłam pewna, że ten miesiąc będzie równie wyjątkowy pod względem rozwojowym jak ubiegły 4, ale jednak nie. Ola doskonaliła jeszcze bardziej to, co już potrafi. No może z wyjątkiem prób siadania w leżaczku. O zgrozo! mało zawału nie dostałam, jak zobaczyłam ją zgiętą w pół majstrującą przy stópkach. Już widziałam oczami wyobraźni jak ciężar ją przeciąża i leci czołem prosto na podłogę... ach te czarne myśli. Od tamtej pory gdy coś muszę zrobić daję ją bardziej na leżąco albo bacznie obserwuję. 

W salonie ma swój mały kącik zabawowy, gdzie rozłożone ma puzzle i koc oraz kosz z zabawkami. Namiętnie lubi się do niego czołgać, sięgać do niego ręką, przechylać i wywalać z niego wszystkie zabawki. No w końcu Bobas Lubi Wybór, prawda? Sama sobie wybierze, czym chce się bawić ;)

W kwestii jedzenia nic się nie zmieniło prócz tego, że kilka dni temu zaczęliśmy jej dawać dupki z chlebka, żeby sobie pociumkała i pomasowała dziąsełka, a przy tym rozpoczęliśmy ekspozycję na gluten. Co do rozszerzania diety mieliśmy czekać na koniec 6 miesiąca, ale jednak zdecydowaliśmy, że zaczniemy podawać jej powolutku, po jednym nowym warzywku w każdym tygodniu, bacznie ją przy tym obserwując, a za jakiś czas jak już przyswoi warzywka, będziemy dodawać do nich po troszkę kaszkę Holle z pszenicy z pełnego przemiału jako dalszą ekspozycję na gluten. W tym celu zakupiliśmy już krzesełko do karmienia i odbyliśmy w nim pierwsze przymiarki, a w sobotę podamy pierwsze warzywko... zastanawiam się tylko czy podać najpierw marchewkę, czy ziemniaczka :)

W ubiegły piątek odbyliśmy kolejne szczepienie. Przy okazji Ola została zważona i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie przekroczyła magicznej 8! Byłam pewna, że podwoiła swoją masę urodzeniową i waży już ponad 8 kilko, a tymczasem waga pokazała 7650g. Ewidentnie zaczęła zwalniać w przybieraniu na wadze co również widać po niej, bo mam wrażenie, że schudła na buźce i brzuszku (a pewnie po prostu ją wydłużyło), jednak wałeczki na rączkach i nóżkach w dalszym ciągu pozostały :)

Jeśli zaś o samo szczepienie chodzi, to wszystkie poprzednie do tej pory znosiła idealnie, natomiast to ostatnie zniosła koszmarnie! Nie dość, że miała gorączkę 38-39 stopni przez dwa dni, to jeszcze ogromny odczyn poszczepienny na rączce po krztuśćcu komórkowym. Z tego powodu ostatnią dawkę w okolicach 18 miesiąca dostanie w postaci bezkomórkowej. No niestety przy szczepionkach refundowanych w przypadku błonnicy, tężca i krztuśćca jest to często spotykane :( Na szczęście teraz czeka nas jeszcze tylko ostatnia (III) dawka pneumokoków, niedługo potem ostatnia dawka WZWB i potem do roczku mamy święty spokój :)

Przy okazji zrobiła się z niej okropna maruda! Oczywiście w większości dni jest kochana, uśmiechnięta i rozgadana, ale ma też takie dni, że pokazuje swoje humorki. Najbardziej nie lubię jak w ciągu dnia chce jej się spać, ale robi wszystko na przekór żeby tylko nie zasnąć, uparciuch jeden!

W kwestii spania, od pewnego czasu zaczęła pięknie przesypiać noce (no i teraz pożałuję, bo pewnie po tej pochwale dziecko mi się zepsuje, jak zawsze :D). Zasypia koło 21, czasem koło 22, w zależności o której jest kąpana i od dnia... i śpi do 6, lub po 6. Czasem zdarza jej się zbudzić po 4 lub koło 5, zje i idzie dalej spać. Natomiast jeśli chodzi o wstawanie o 6, to jest różnie... Czasem zje i idzie od razu spać, czasem zje i musi jeszcze troszkę pogadać i pokokosić się w łóżku i dopiero wtedy zasypia, a czasem, tak jak wczoraj, nie chce już spać, więc wstajemy :) W ciągu dnia popołudniu też zaczęła robić sobie pół godzinne, godzinne, czasem półtora, a nawet dwu godzinne drzemki... wszystko jest uzależnione od dnia, jej zmęczenia i humoru :)

A tak ogólnie... to pięknie się rozwija co potwierdza pediatra oraz neurolog, która na wczorajszej wizycie nie miała się do czego przyczepić i jedynie profilaktycznie dała nam skierowanie na USG przezciemiączkowe :)

A ja... po tym całym podsumowaniu zastanawiam się, czy mogło mnie coś lepszego w życiu spotkać? :)

środa, 15 lipca 2015

Mama na wychodnym.

Mąż sprawił mi rewelacyjny prezent urodzinowy... kupon do SPA, na peelingi i masaże. Pomyślałam sobie... Po porodzie? Prezent idealny na zrelaksowanie i odprężenie się :)
Urodziny obchodziłam w kwietniu... miesiące mijały, a kupon nadal nie został zrealizowany. No wiecie... na macierzyńskim czasu jest od groma, ale to się chyba tylko tak wydaje... Przy małym dziecku zawsze znajdzie się coś do roboty, tudzież zawsze jest propozycja na jakieś spotkanie, wypad do kawiarenki, w plener, na spacer i tak jakoś... nigdy czasu nie ma dla siebie.

W końcu się zmobilizowałam, bo termin realizacji kuponu coraz bardziej się kurczył i zapisałam się na poniedziałkowe popołudnie. 

No i pojechałam. Najpierw oczywiście odciągnęłam porcję mleka dla córy, poczekałam aż mąż wróci z pracy, spakowałam się, dałam całusa na do widzenia i ruszyłam. Autostradą przemknęłam z jednej strony Warszawy na drugą. 120km/h, głośna muzyka... oj jak ja to lubię. Jadąc z Olą nie pozwalam sobie na takie zapędy, ale będąc sama w aucie, czemu nie? :)

Dojechałam na miejsce, zaparkowałam, pobiegłam do gabinetu, przekroczyłam próg i... już na sam widok otoczenia poczułam się zrelaksowana. Najpierw miałam wykonany peeling całego ciała, następnie masaż. Potem mikrodermabrazję diamentową twarzy i masaż, a na końcu manicure z masażem dłoni. Trwało to 2h, a ja zrelaksowałam się i odprężyłam na maksa! :)


Reasumując... żałują, że nie zebrałam się na to wcześniej... no ale lepiej późno niż w cale. W każdym razie uważam, że każda mama powinna sobie raz na jakiś czas sprawić taki dzień bez dziecka i oddać się przyjemnościom :)

P.S. Fajnie jest czytać, że cieszycie się z mojego powrotu. To naprawdę bardzo, bardzo miłe! :)

sobota, 4 lipca 2015

Nocne refleksje

Energia mnie rozpiera, choć raczej dziś powinnam paść jak mucha :)
Spędziliśmy przemiły dzień w towarzystwie super dziewczyn na świeżym powietrzu, w cieniu pod drzewkami, nieopodal stawiku. Było bardzo sympatycznie, a dzięki lekkim powiewom wiaterku, bardzo przyjemnie, nie było czuć tego upału i dziewczynkom na świeżym powietrzu chyba nawet lepiej się spało :)
Postanowiłyśmy, że wrócimy do domku piechotą, w końcu co to dla nas jest 40min spacerku? Dopiekłam się jeszcze bardziej i wyglądam jakbym co najmniej z ciepłych krajów wróciła... Jak widać,  nie trzeba wyjeżdżać na wczasy by zyskać ładną opaleniznę, wystarczą jedynie codzienne spacery z dzieckiem. Zmieniliśmy trochę godziny naszych spacerów, obecnie wychodzimy rano po śniadanku i dopiero później po 18:00 gdy robi się już chłodniej i przyjemniej. W te upalne dni ratujemy się też wspólnymi spotkaniami w domach z dzieciakami albo w klubokawiarni niedaleko nas, którą odkryłyśmy jakiś czas temu... byle tylko przetrwać najgorętsze południe :)

I tak dziecię moje śpi już od 20:30, a mnie rozpiera tak energia, że wysprzątałam cały salon, przetarłam blat w aneksie kuchennym, umyłam meble i szkło i jutro będę leżeć i odpoczywać, a mąż będzie męczył się z łazienką i podłogami hehehe :)

W związku z tym przypływem energii dopadły mnie też wieczorne reflekaje. Tak sobie myślę jak to nasze życie diametralnie zmieniło się odkąd pojawiła się w nim Ola. Ile było starań, ile łez wylanych, by ten mały Człowieczek pojawił się i odmienił nasze życie. Jest dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam, dokładnie tak jak sobie wymarzyłam i czasem zastanawiam się czym sobie na to wszystko zasłużyłam? Czy da się być jeszcze bardziej szczęśliwym człowiekiem niż jest się teraz?  Nie wiem... ale najważniejsze, ze jest ona, taka nasza mała i kochana Ola :)