czwartek, 14 stycznia 2016

Nasza droga mleczna

Nigdy dość szczególnie nie zastanawiałam się nad porodem... no może wyobrażałam sobie, jak to może wyglądać, jakie emocje mogą temu towarzyszyć, jak w ogóle może się rozpocząć, ale nigdy nie miałam parcia żeby był to poród siłami natury. Pozostawiłam to losowi. Będzie, jak ma być i już.

Tak samo było z karmieniem piersią. Nie przywiązywałam do tego zbytnio uwagi. Wiedziałam, że chcę karmić piersią, ale stwierdziłam, że nie za wszelką cenę. Nastawiłam się, że jeśli się uda, to cudownie, jeśli nie, to będę walczyć o to, ale do resztek sił.

Nasza przygoda z karmieniem piersią rozpoczęła się od razu po porodzie. Ola ledwo przyszła na świat, a już wkładała sobie piąstki do buzi i czule je ciumkała. Poczekałam tylko, aż koleżanka przywróci mnie do stanu "używalności" i przystawiłam małą do piersi. No cóż mogę napisać... rozczulające to było. Ten mały ssaczek wiedział doskonale co ma robić, nie trzeba było jej instruować, ani nic tłumaczyć. Obsłużyła się sama, a moja radość była nie do opisania.

Nie zmienia to jednak faktu, że przez pierwsze 3 doby Olę karmiłam MM. Ssać to ona ssała, niekoniecznie dobrze, bo trochę za płytko się przystawiała, przez co poraniła mi sutki, ale tego wyssanego pokarmu w porównaniu do jej gabarytów (4070g) było stanowczo za mało. Tak więc przystawiałam ją co 3h żeby postymulowała laktację, a dodatkowo dokarmiałam ją sztucznym mlekiem, co by dziecię głodne nie było.

Międzyczasie dopadł mnie nawał, potem zastój i nie było łatwo. Piersi gorące jak ogień, pełne jak balony, tkliwe i bolące... myślałam, że oszaleję. Już miałam się poddać, ale coś mnie tknęło, ambicja mi nie pozwoliła, stwierdziłam, że co? Ja nie dam rady? Oczywiście, że dam i przetrwamy ten kryzys. Ola przywołana do porządku zaczęła ładnie się przystawiać, pięknie opróżniać piersi i kryzys wspólnie zażegnałyśmy. Nie było łatwo, ale udało się, a to najważniejsze.

I tak już nasza przygoda trwa prawie 11 miesięcy... i szczerze powiedziawszy nie wiem ile jeszcze potrwa? Nie wyznaczyłam sobie żadnego limitu, niech los sam zadecyduje. Po drodze zdarzały się mniejsze, bądź większe kryzysy, ale dzielnie radziłyśmy sobie z nimi. Kilka razy zdarzyło mi się podać jej MM, bo nie zawsze byłam w stanie odciągnąć pełnej porcji mleka na jakieś wyjście, albo nagle musiałam coś załatwić i czasu nie było na odciąganie. Nie jestem przeciwniczką MM. Mnóstwo dzieci się na nim wychowuje i wspaniale się rozwijają i wcale nie ma reguły, że są mniej, bądź bardziej odporne lub rozwinięte. Sama zresztą wychowałam się na sztucznym mleku i nie sądzę, by jakoś niekorzystnie to na mnie wpłynęło. 

Mimo wszystko uważam, że karmienie piersią ma więcej plusów, niż karmienie sztucznym mlekiem. Ciepłe mleczko mam zawsze przy sobie, mogę dziecko nakarmić/napoić dosłownie wszędzie, a zdarzało nam się karmić nawet w kościele. Zawsze robię to dyskretnie, nie afiszując się tym. Nie trzeba bawić się z butelkami, mieszaniem, podgrzewaniem, itd. Przede wszystkim karmienie piersią nic nie kosztuje, za wyjątkiem maści, czy wkładek laktacyjnych, ale ja ich nie używam od bardzo dawna. Minusem jest to, że karmi się na żądanie, więc czasem jest tak, że nie zna się godziny kiedy dziecia złapie głodek czy pragnienie. Mleko kobiece jest łatwiej i szybciej trawione, więc i dziecko staje się szybciej głodne. Jednak tak jak już wspomniałam, dla mnie to nie była żadna przeszkoda. Ola zazwyczaj jadała co 3h, potem jak podrosła to zdarzało się czasem nawet co 4h. Ssała stosunkowo krótko, szybko się najadała, więc nasze karmienie nie rozciągało się bardzo w czasie i trwało ok 10-15 minut. Problemów z brzuszkiem nie miała i alergie póki co ją omijają, więc ja też nie musiałam żadnej szczególnej diety przestrzegać,  mogę jeść to, na co mam ochotę.

Dla mnie osobiście karmienie piersią to ogromna przyjemność! Początek był trudny i bolesny. Przy przystawianiu małej do piersi widziałam gwiazdki w oczach... ale po kilku dniach wszystko ustąpiło i przestałam odczuwać ból, a w zamian za to przyjemne uczucie i radość.

Są to takie nasze i tylko nasze chwile. Kocham to, już na tym etapie, świadome jej spojrzenie w moje oczy, oddanie się tej chwili przyjemności, bo nie da się ukryć, że Ola gdy ssie, to jest szczęśliwa, sam fakt tej śmiejącej buźki po skończonym posiłku mówi za siebie. Wkręciłam się w to niesamowicie. Nie chciałabym odstawiać Oli od piersi. Wolałabym, aby to ona sama zdecydowała, kiedy zakończy ten etap swojego życia. Wiem jedynie, że będzie mi go szkoda, będę tęsknić za tym i ciężej będzie zapewne mi, niż jej. Jednak póki co cieszę się tymi chwilami ile tylko się da i uśmiecham się sama do siebie na samą myśl o nich :)

Zachęcam, by nie rezygnować świadomie z karmienia piersią, by próbować, nie poddawać się tak łatwo, to naprawdę najlepsze, co można dać swojemu dziecku :)

7 komentarzy:

  1. Po pierwsze - piękne zdjęcie! U nas było podobnie. Wiedziałam, że chcę karmić, ale hak przyszło co do czego nie wiedziałam jak się za to zabrać:) na szczęście w szpitalu mi pomogli, a potem, jak wiesz było różnie, raz pierś raz butelka, a skończyło na tym, ze odstawiliśmy się niedawno :D tęsknię za tymi emocjami przy karmieniu, na szczęście zaraz rozpocznie się nasza nowa przygoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas też były problemy na początku. Ale teraz jest dobrze. Ja też kocham te nasze chwile. To jest jeden z najprzyjemniejszych momentów w ciągu dnia. Kocham patrzeć na Nią jak ssie mleczko... rozpływam się w tedy... Cudowne chwile, oj cudowne...
    A jeśli chodzi o mm to ja też byłam karmiona mm i jestem zdrowym okazem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli matka czerpie z tego przyjemność to czemu nie. :) Jednak jestem zdania, że ponad roczne dziecko przy piersi to za dużo. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja karmiłam 3,5 miesiąca. Na moją rezygnację złożyło się kilka nieprzyjemnych powodów. To były super momenty. Początki faktycznie są trudne, poranione sutki i nawały dotyczą chyba każdej młodej mamy. Najważniejsze, żeby to przetrwać, potem z reguły jest już tylko lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. My też się dalej karmimy, choć nie ukrywam, że chwilami mnie to męczy. Z drugiej strony - te momenty, kiedy Antek przyjdzie troche zasmucony i z pytającą minką powie "mama, cycy?", zdecydowanie ratują całe nasze karmienie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O tak, o karmienie piersią, jeśli zakłada się, że właśnie tak chce się karmić dzieciątko, warto walczyć do końca :)
    Ale i rozumiem te, które tej walki nie zwyciężyły, bo sama byłam bliska porażki i wiem, że wśród całego trudu początku macierzyństwa i niepowodzenie przy karmieniu może być już zbyt dużym stresem.

    U nas wciąż droga mleczna trwa, ale już w bardzo ograniczonej ilości. Cieszę się jednak z tego, że kończy się ona powoli i bardzo naturalnie, tak jak sobie tego Córa życzy, a nie nagle, gwałtownie z jakiegoś poważnego powodu.

    OdpowiedzUsuń
  7. widzę że nastawienie przed porodem miałyśmy takie samo! Ja na początku nie umiałam Olka przystawić odpowiednio, pomogły mi nakładki. Dzięki nim też nie miałam tak poranionych piersi. No ale szybko z nich zrezygnowaliśmy bo oboje nauczyliśmy się co i jak :)

    OdpowiedzUsuń