piątek, 1 maja 2015

Pierwsza podróż...

Nigdy nie byłam jakoś szczególnie dobrze zorganizowana. Nie prowadzę rzetelnie kalendarza, nie wyliczam skrupulatnie naszych wydatków (choć nie raz przymierzałam się do tego, ale jakoś nie wychodziło), zawsze lubiłam spontaniczność, spontaniczne wyjazdy i spotkania.
We wtorek mama zapytała, czy jedziemy do babci, bo okazało się, że ma wolne 3 dni. Długo się nie zastanawiałam, spakowałam siebie i Olę... 
Wczesnym rankiem, o wschodzie słońca, nakarmiłam Olę, zapakowałyśmy wózek i torby do auta, przyczepiłyśmy tabliczkę informującą, że w naszym samochodzie jedzie mała princesska i wyruszyłyśmy w drogę.

Taka nasza babska wycieczka. Córka, mama i babcia :) Miałam pewne obawy, nie wiedziałam, jak minie podróż, jak Ola się zachowa, w końcu to 400km w jedną stronę. Moje obawy jednak okazały się bezpodstawne. 
Auto prowadziłam z mamą na zmianę, a Ola pięknie przespała całą drogę na Podkarpacie z dwoma przerwami na jedzonko. W drodze powrotnej miałyśmy tylko jedną przerwę. 100km od domu Ola obudziła się, więc pooglądałyśmy książeczki kontrastowe, porozmawiałyśmy, pośmiałyśmy się, pośpiewałyśmy i pod koniec podróży ponownie zasnęła. Moja córka to urodzona podróżniczka, co cieszy mnie niezmiernie :)

Ola poznała swojego pradziadzia i prababcie. Wszyscy bardzo ucieszyli się na Jej widok, a Ona wszystkich obdarowywała swoim szczerym uśmiechem. To były naprawdę miło spędzone trzy dni, ale mimo wszystko już nam się trochę tęskniło za naszym mieszkankiem. W drodze powrotnej tak sobie jechałam i rozmyślałam... nigdy nie chciałam mieszkać w Warszawie, jednak wyszło jak wyszło. Nie żałuję, odnalazłam swoje miejsce na ziemi, swoje cztery kąty, do których zawsze chętnie powracam :)
Ola po całej podróży, po małych przebojach wreszcie usnęła w swoim łóżeczku. To były dla niej trzy dni pełne wrażeń, ale zniosła je nad wyraz dobrze i spokojnie :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza